Jacek Pogorzelski
Marketingowy esencjalizm

„Marka nie jest wyłącznie przydatnym narzędziem zarządczym, ale subtelnym procesem dialogu między jej właścicielem a odbiorcą, który to proces zmienia jednego i drugiego.”

Edutainment

4 maja 2014

Facebook link

Ile rozrywki ma być w edukacji? Wydaje się, że coraz więcej. Nawet poważne instytucje próbując nauczyć poważnych rzeczy sięgają coraz częściej po elementy rozrywki. Ma być przyjemnie, czasem nawet kosztem rzetelności procesu dydaktycznego. Dziś przedstawię głos przeciwko edutainmentowi.

Edutainment to zbitka dwóch słów: edukacja i rozrywka (entertainment). Sama idea jest prosta: nauka nie ma być znojnym trudem, ale przyjemnością, zabawą. Idei nie kwestionuję w tym zakresie, w jakim można skierować podobny postulat w stosunku do pracy. Twórcze pomysły łatwiej przychodzą do głowy zrelaksowanej i „bawiącej się” niż do „dymiącej czachy”.

Ale nabywanie systematycznej wiedzy opartej na obiektywnych regułach oraz rozwijanie umiejętności opartych na precyzyjnym wykonywaniu określonych działań nie może się obejść bez silnej koncentracji. Nie wszystko da się zrobić w wesołej formule. Tenisista trenujący serwis, który ma trafić w konkretne miejsce na korcie o wymiarach 10×10 cm może bawić się treningiem przez pierwszą godzinę. Ale w końcu staje się on czynnością automatyczną a sam trenujący zamienia się w maszynę. I bardzo dobrze, że tak jest, bo musi wykonać tyle powtórzeń serwisu, aż piłka „sama” zacznie trafiać w pożądane miejsce na korcie. Trudno proces dochodzenia do tego efektu nazwać rozrywką.

Często można spotkać się z przekonaniem, że przede wszytkim ma być przyjemnie a coś tam w głowach zawsze zostanie. A co jeśli to tak nie działa? Co jeśli nie zostanie nic, zostanie nie wiadomo co lub zupełna sieczka? Strzęp tu, strzęp tam. Kawałek wrażenia. Gdzieś dzwoni, ale nie wiadomo gdzie? Czy przy takich efektach można mówić o sukcesie edukacji?

Nie ma nic lepszego od silnej koncentracji na wykonaniu jednego zadania i powtarzanie go do perfekcji. W Japonii, czy Korei zabrzmiałoby to jak truizm, ale u nas brzmi to wręcz kontrowersyjnie.

Dobrym przykładem jest nauka języka, której nie da się załatwić byle jaką metodą. Władanie językiem jest wymierną umiejętnością, której nie można dowolnie interpretować. Albo się go rozumie i komunikuje poprawnie, albo nie. Oczywiście w naukę może być wpleciona zabawa, ale nie da się pozbyć twardego komponentu skoncentrowanej nauki formułowania zdań i opanowania gramatyki. I nie można zrobić tego po uważaniu, ale trzeba opanować istniejące reguły. Nie można mówić własną wersją języka włoskiego. Trzeba mówić faktycznym językiem włoskim.

Oszukuje się ludzi, że edukacja może być w 100% przyjemnością a wynik końcowy będzie taki sam jak w wypadku rzetelnego, skoncentrowanego wysiłku. Nie będzie. W ogóle ta kulturowa obsesja na punkcie przyjemności zawiera w sobie fałsz polegający na obietnicy, że można przeżyć całe życie w duchu lelum polelum i być tak samo mądrym, jak ktoś, kto z niemałym wysiłkiem wgryza się intelektualnie w jedno zjawisko. Stąd już tylko krok do powszechnej niekompetencji przy braku jej świadomości. Każdy dyletant może zakwestionować prawdę naukową, każdy może ogłosić światu swoją wersję czegokolwiek i nawet nie zainteresować się, jak wygląda stan realnej wiedzy na ten temat.

To wszystko jest iluzja, bańka, która pęka w momencie gdy trzeba wykazać się realnymi umiejętnościami. Niestety żyjemy w dwóch światach. Jeden z nich jest oparty na realnych kompetencjach. Są one oczywiste, gdy trzeba człowieka wyleczyć, porozumieć się w obcym języku lub zbudować bydynek. Tym niech się zajmują kujony, którym chce się ślęczeć kilkanaście lat nad książkami. Ale jest też drugi świat, w którym kompetencje są kategorią bardziej ulotną. Czasem wręcz są kwestią wrażenia i podlegają interpretacjom. Ten drugi świat obejmuje przykładowo kwestie polityki, muzyki, prowadzenia samochodu oraz generalną wiedzę o tym, jak żyć. Niestety zarządzanie także należy do tej drugiej kategorii. Każdy jakoś żyje, więc skoro umie zarządzać swoim życiem, to umie zarządzać wszystkim, prawda? Poza tym mamy tylu absolwentów kierunku zarządzanie i marketing, że musimy być w tym mistrzami świata. Niestety tutaj także występuje istotna różnica między dyletantem a ekspertem. Ponieważ jednak trudniej ją zidentyfikować, to trudno odróżnić fachowca od szarlatana.

Napisałem

Kod skuteczności

Co to jest osobista skuteczność? Dlaczego tak trudno osiągnąć to, co się zamierzyło? Odpowiedź na to pytanie samo w sobie zasługuje na książkę.

Zobacz więcej

Zobacz komentarze

2 lipca 2014 o 10:58
Jacek Puzanista napisał

Są dwa argumenty, które powodują, że podoba mi się ten ruch w kierunku Edutainment.

1. Obecny system oparty na próbach utrzymania stałej koncentracji przez 45 minut jest mało skuteczny. Wiedza na tematy, które nie są rozwija na studiach, jest mizerna. Myślę, że właśnie teraz występuje zjawisko „Strzęp tu, strzęp tam” w umysłach studentów, po 12 latach edukacji szkolnej. Wróć! Jest nawet gorzej:
„Do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej docierają pierwsze dane na temat tegorocznych matur. Wynika z nich, że jest gorzej niż w 2013 roku – egzamin zdało prawdopodobnie zaledwie 67 procent uczniów, podczas gdy w ubiegłym roku było to 80 procent.”
Źródło: serwisy.gazetaprawna.pl
Dlaczego nie spróbować?

2. Nie wiem, jak widzą to twórcy ruchu Edutainment, ale myślę, że nie trzeba robić placu zabaw z klasy szkolnej. Najważniejszym i chyba najtrudniejszym elementem wprowadzenia tej idei jest znalezienie złotego środka między skupieniem, a zabawą. Jeżeli treningi tenisistów wyglądają jak w wyżej opisanym przykładzie, to współczuję. Podczas swoich treningów zawsze starałem się utrzymywać odpowiedni poziom humoru i radości z tego co robiłem, ale kiedy przychodziło zmierzyć planowanym dystansem, umiejętność 100% skupienia była kluczowa. Atmosfera wokół zadania jest bardzo ważna – rośnie zadowolenie z pracy i umożliwia lepsza koncentrację podczas części „poważnej”.
Dlaczego nad tym nie popracować?

2 lipca 2014 o 14:34
Jacek Pogorzelski napisał

Szanuję argumenty, zwłaszcza że otwarcie przyznaje się Pan do ich subiektywizmu (zwrot „podoba mi się”). Ale nie zgadzam się z żadnym z nich.

1. Obecny system wcale nie jest oparty na próbie utrzymania stałej koncentracji przez 45 minut. Proszę zerknąć do podręczników i sylabusów a zobaczy Pan mnóstwo prób wprowadzenia elementów zabawy do edukacji. A wyniki matur jako argument za czymkolwiek jest demagogią. Wyniki te są rezultatem zbyt wielu czynników, aby beztrosko można obarczyć za nie jeden z nich. Czyżby uważał Pan, że słabe wyniki matur są bezpośrednim efektem próby utrzymania koncentracji na lekcjach? Przecież ten argument można łatwo odwrócić pisząc, że słabe wyniki matur są efektem niewystarczającej koncentracji na lekcjach. Jeden i drugi broni się w tym samym stopniu, czyli wcale. Bo są jeszcze programy nauczania, nauczyciele, postawy samych uczniów i dużo więcej.

2. Treningi tenisistów grających rekreacyjnie nie muszą tak wyglądać, ale treningi profesjonalistów, którzy chcą żyć z tenisa tak właśnie wyglądają. I to jest zasadnicza różnica. Gdy kogoś zadowala poziom rekreacyjny, może się wyłącznie bawić treningiem, ale gdy chce być mistrzem absolutnie nie może się do tego ograniczyć. Czy uważa Pan, że medycyny, języków obcych i matematyki też można się nauczyć bez nieprzyjemnej koncentracji? Jak przełożyć poziom rekreacyjny na te dziedziny? Czy to czasem nie nazywa się dyletanctwem, czyli wydaje mi się, że umiem, ale nie umiem?

W historii świata niemal każde wielkie osiągnięcie wiązało się z ogromnym wysiłkiem, często więcej niż jednego pokolenia. Dzisiaj kultura utrwala pogląd, że można przejść przez życie bawiąc się nic przy tym nie tracąc a to po prostu nieprawda.

Pozdrawiam,
Jacek Pogorzelski

7 lipca 2014 o 12:29
Jacek Puzanista napisał

To jeszcze raz ja.

1. Słuszna uwaga. System nauczania raczej się nie zmienił, a wyniki z matur są gorsze niż w poprzednich latach, co czyni mój argument zupełnie chybionym.

2. „Czy uważa Pan, że medycyny, języków obcych i matematyki też można się nauczyć bez nieprzyjemnej koncentracji?”
Bez koncentracji na pewno nie. Nikt nie mówi graniu w Małego chirurga na zajęciach medycyny. Tak, jak napisałem – dobra zabawa musi mieć granice i nie może przysłaniać ogromnego wysiłku i koncentracji. Mówię tu raczej o tym, co proponuje Duolingo w porównaniu ze szkołami językowymi lub popularnymi książeczkami „Język … w 30 dni”.

7 lipca 2014 o 15:22
Jacek Pogorzelski napisał

Jak napisałem we wstępie wpisu nie jestem przeciwnikiem zabawy w edukacji w ogóle (w pracy tym bardziej). To byłby absurd. Uważam natomiast, że sam edutainment to za mało, bo czasem (a gdy chce się zostać profesjonalistą to często) po prostu trzeba włożyć duży wysiłek aby poszerzyć granice swojego pojmowania lub zdolności i porządnie się czegoś nauczyć.

Zostaw swój komentarz

Kim jestem?

Jestem właścicielem i dyrektorem zarządzającym firmy doradztwa marketingowego PrimeCode oraz Business Strategy Leaderem w BlueFox. Pomagam klientom prowadzić marketing oparty na wiedzy, a nie intuicji, oraz uczę myśleć strategicznie zamiast tworzyć dokumenty-strategie.